Wszyscy jesteśmy pelikanami.

Kocham zapach świeżej afery o poranku. Dlatego dzisiaj otwierając Wykop, moje serce znów zabiło mocniej. Na świeczniku mamy kolejny artykuł walczący o wolność słowa. Zły kapitalista – toruński restaurator – chce pozwać biednego internautę, który śmiał go skrytykować w internecie. Internet to nie polski sąd i wyroki wydaje szybko, więc wystarczyła chwila, aby fanpage restauracji zalała fala negatywnych komentarzy.

O co chodzi? O ten artykuł
https://www.wykop.pl/link/5630499/bartosz-ocenil-restauracje-w-internecie-i-moze-trafic-do-sadu/

Pewien serwis opisał historię młodego znawcy kulinariów z Londynu (to chyba ważne, skoro podkreślają to już w pierwszym zdaniu z artykułu, prawda?), który w restauracjach zawsze był dobrze traktowany, no i zna się na kuchni jak mało kto. Niestety, miał pecha zaufać opinii i poszedł do polecanego lokalu w Toruniu, gdzie został fatalnie potraktowany przez obsługę i otrzymał spalone jedzenie. Internauta nie mógł tak tego zostawić. Zrobił aferę obsmarowując lokal gdzie się da i się udało, bo od rana jest bogiem na Wykopie. Do następnej afery, bo wtedy ktoś inny stanie się ikoną walki o wolność słowa w internecie i tak dzień po dniu, tak się powoli żyje na tym padole.

http://www.accorhotels.com/3378



Z branżą gastronomiczną pracowałem mnóstwo razy. Zbudowaliśmy wiele marek, tworzyliśmy public relations, kręciliśmy reklamy czy identyfikację wizualną lokali. Jednak tak szczerze to powiem wam, że pod toną pysznego jedzenia gastronomia to bardzo smutne i czarne miejsce, do którego dociera mało światła.

Po kilku latach doświadczeń właścicieli małej gastronomii podzieliłbym na główne dwa typy.

Pasjonaci. Kochają gotować. Całe życie marzyli o otwarciu restauracji i swoim lokalem spełniają marzenia, ale tylko swoje, rzadko kiedy klientów. Pasjonaci bardzo emocjonalnie podchodzą do swojego biznesu. Wkładają całe serce w lokal, poświęcają jemu czas wolny, często zupełnie zaniedbując rodzinę i żyjąc tylko restauracją.

Gdyby się dało wszystko robiliby sami, nawet sadzili ziemniaki do koleta niedzielnego.
Manager, szef kuchni, marketing manager? No co ty, szkoda kasy.
Reklama? Jaka reklama, jak będzie smacznie, to klienci przyjdą, rynek zweryfikuje.


Taki właściciel sam najlepiej wie wszystko. Nie zatrudnia zwykle kucharzy, a gdy jest sezon sam już nie da rady, to bierze sobie bez umowy kilka osób z ulicy, by wyrobić z zamówieniami i mieć na kogo pokrzyczeć. Jeżeli uważacie, że to co pokazuje w TV Gordon Ramsay czy Gesslerowa to teatr i w normalnej gastro takie cyrki się nie dzieją to idźcie na weekend popracować na barze. Zmienicie zdanie i zobaczycie, że za kulisami w gastronomii jest więcej emocji niż przypraw w kotlecie.

Drugi typ właścicieli to… lodówki.

Chłodna głowa, bardziej niż stanie przy garach interesuje ich arkusz kalkulacyjny i liczenie. Zwykle nie gotują we własnej restauracji, tylko pracują nad tym, by ktoś z tej kuchni chciał jeść. Do biznesu podchodzą bardzo analitycznie, trudniej ich przekonać do współpracy, ale ta gdy następuje zwykle trwa dłużej i zarabiamy więcej. No i w przeciwieństwie do pierwszych mają procedury. Procedury, są po to by zastosować je w takich sytuacjach jak ta z artykułu, gdy szambo wybije. Warto z góry mieć scenariusze na momenty łatwe do przewidzenia, takie jak niezadowolony klient

Sytuacja, gdy w gastronomii coś nie wyjdzie to nie kwestia lokalu, tylko kwestia czasu.

Błędy, zepsute potrawy, coś przypalone to sól tej ziemi. Nie jesteśmy robotami tylko ludźmi i gdy dużo się gotuje to coś zawsze nie wyjdzie. Nie krytykuję pasjonatów żyjących swoim lokalem, ani nie gloryfikuję „lodówek” bo najlepszy właściciel to połączenie tych dwóch typów, ale w naturze rzadko występuje.

Prowadząc dowolny biznes warto pomyśleć nad metodami, które zastosujemy gdy coś pójdzie nie tak. Warto wiedzieć co zrobić, gdy trafi się upierdliwy klient, gdy coś skrytykuje, gdy ktoś o nas napisze w mediach. Metody postępowania w takich sytuacjach są filarem budowania marki, bo prędzej czy później choćbyśmy byli najlepsi w naszej branży przyjdzie zły dzień i zawalimy. Podejmowanie dych decyzji pod wpływem emocji bez planu to kiepska opcja.

Wielu moich przyjaciół, którzy umieją gotować zakładało restauracje i do uwag podchodzili emocjonalnie, traktując je jak atak. My jako przedstawiciele branży reklamowej działając z restauracjami więcej pracujemy z ludźmi nad obsługą klienta niż nad lokalem samym. Straszenie sądem, które ma miejsce w tym przypadku ze strony pomówionego restauratora to dla wielu ludzi w gastro naturalna reakcja obronna, jedyna, którą znają, bo przy zapieprzu w kuchni na kursy public relations czasu nie mają. Gdy pojawi się negatyw w internecie można przyjąć na klatę czy pozywać do sądu. Co jest lepsze? To zależy, bo im więcej siedzę w sieci, tym mniej życie jest czarno-białe, a kolorów ma więcej niż parada równości.

Kto zatem tu jest winni?

Tylko jedna strona. My internauci.
Zapytajmy siebie. Ile nam trzeba, by rzucić się komuś do gardła? Główna na wykopie wystarczy? Często niestety tak. Gdyby ktoś do nas na ulicy podszedł i powiedział byśmy rzucili jajkiem w szybę lokalu, bo mu kebab nie smakował spojrzelibyśmy na niego jak na idiotę. Gdy ta sama osoba prosi o to przez internet takich oporów już nie mamy i wystawiamy negatywne komentarze nawet jak w danym lokalu nigdy byliśmy. Śmiejemy się jak propagandowa telewizja lukruje świat pokazując realia wg konkretnej tezy, a sami w internecie łapiemy się na fakenewsy bez sprawdzania czy to prawda kręcimy gówno burze, bo ktoś nam tak powiedział.


Załóżmy, jednak, że kogoś nie lubimy i chcemy go publicznie pomówić. Myślicie, że to trudne?

To bardzo proste, magia storytellingu zrobi za was robotę, wy nawet nie musicie się starać, wystarczy jechać z szablonu, serio.

Krok pierwszy.

Fajny bohater – szeroka ekspozycja
Na początku stawiamy na wyrazistego bohatera, dajemy jego zdjęcie i zarys emocjonalny. Mówimy jak się czuje, co lubi, poświęcamy mu kilka konkretnych zdań, by postać była pozytywna. Czas działa na nasza korzyść, ponieważ w każdym artykule, który czytamy nasza uwaga spada drastycznie. Często sprowadza się do tego, że komentujemy same nagłówki, a nawet jeśli przeczytamy cały artykuł to największy wpływ ma na nas kilka pierwszych zdań, które tutaj były o Bartoszu i o tym jak światowy jest. Mamy fajnego chłopaka z Londynu, sympatyczna aparycja, da się lubić, spoko ziomek

Teraz zasada kontrastu czyli druga postać

Czarny charakter – wąska ekspozycja.
Gdy już przedstawiliśmy bohatera pozytywnego pokazujemy czarny charakter, przeciwieństwo głównej postaci. Im bardziej szczątkowy i suchy opis, tym lepiej. Jeżeli pozytywna postać z początku artykułu jest opisana wystarczająco dobrze i dokładnie, to opisując czarny charakter nawet nie musimy się starać, czytelnik podświadomie sobie dopowie brakujące elementy pasujące pod tezę. Dodajmy jednak koniecznie kilka czarnych słów jak „sąd” „adwokat” czy „cenzura”, bo dobrze wypadną na tle młodości i wolności pozytywnego bohatera, naszego zioma.

Gdy mamy taki artykuł wystarczy odpowiednie medium do publikacji, z szeroką publicznością, głośny nagłówek i już kształtujemy poglądy, wpływamy na opinie, wywieramy nacisk.

Mam nadzieję, że historia opisana w artykule do którego nawiązuje jest prawdziwa i została napisana w dobrym celu, bo sposób narracji jakiego tam użyto jest celowy.


To nie fakty nas kształtują tylko odpowiednia ich komunikacja.

Śmiejemy się z humanistycznych kierunków studiów, na których wywiera się nacisk na naukę języka, komunikację interpersonalną czy przedstawianie faktów, ale to właśnie absolwenci tych kierunków kształtują masy i ideologie, tworząc nagłówki o konkretnej narracji, które łykamy jak pelikany.

Dzisiaj górą jest młody chłopak, który został bohaterem Wykopu, bo pewien restaurator „nie umie w internet”. Czy będzie nim jutro, gdy ktoś inny napisze o nim szkalujący artykuł? Nie wiem, zobaczymy.

Wiem natomiast, że od kiedy jednym kliknięciem można wpłynąć na czyjeś życie wydawanie wyroków stało się proste i takie będzie do momentu, gdy lokalna gazeta nie napisze czegoś negatywnego o nas.

Wtedy zmienia się percepcja i sądowa droga w walce o dobre imię nie jest takim głupim pomysłem i dla osoby, która została skrzywdzona dziwnym trafem staje się ważniejsza niż codzienna walka o wolność w internecie.

Przypadek? Nie sądzę

Dobrego weekendu!

Dam ci znać, gdy pojawi się kolejny ciekawy materiał.

You have successfully subscribed to the newsletter

There was an error while trying to send your request. Please try again.

Michał Jeżowski Like Media Podcast will use the information you provide on this form to be in touch with you and to provide updates and marketing.