Proste rozwiązania na trudne problemy – Historie z życia i branży kreatywnej.

Witam was serdecznie

Dzisiaj pogadamy o prostych błędach, które kosztowały wiele. Mnie i moich znajomych. Zapraszam.

Historia Synergii
==================================

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Robimy kampanie dla klienta z mocną marką, która opiera swój marketing na Facebooku. Wszystko idzie cacy, obroty fajne, oni zadowoleni, ja zadowolony, bo dostaję procent od dochodów z kampanii. Aż przychodzi moment przed świętami i budzi mnie telefon od właściciela tej firmy.


Michał, nie ma naszego Facebooka, nie mogę się zalogować.

Wstaję, sprawdzam i rzeczywiście. Poszła blokada od Facebooka. Co się stało? Do dzisiaj nie wiemy. Czasem wystarczy np. kilka zgłoszeń reklamy czy błąd algorytmu. Nie musicie mieszać się w rasowe kłótnie i inne drażliwe tematy, by zostać zablokowanym w mediach społecznościowych. W tamtym wypadku dotyczyło firmy.. z branży spożywczej, która nie miała grama kontrowersji, nawet ciemnego pieczywa w ofercie. Co gorsza zwykle, gdy macie niesłusznego bana, to nie jest tak, że wystarczy napisać do supportu.

W teorii tak to miało wyglądać, czym w 2018 chwaliło się Ministerstwo Cyfryzacji, jednak realia są inne. Jesteśmy skazani na łaskę lub niełaskę osób, do których nawet nie możemy zadzwonić. Reklamację zwykle sprawdza bot, a dopiero potem żywa osoba. Po tygodniu odzyskaliśmy fanpage, ale przez zastój skończyliśmy z wynikami dużo poniżej oczekiwań. Po tamtej akcji wprowadziliśmy dodatkowe procedury i zaczęliśmy rozwijać inne kanały dystrybucji i reklamy. Wszystko dlatego, że szef widząc konsekwencje dał się w końcu przekonać do budowy innych kanałów sprzedaży, na wypadek gdyby ten główny znowu pewnego dnia zawiódł.

Dywersyfikacja to klucz. W biznesie i w życiu.

Gdy jesteśmy w związku i żyjemy tylko drugą osobą w dobrych chwilach jest fantastycznie. Gdy jednak związek się rozpada, nie tracimy tylko drugiej osoby. Tracimy wszystko, bo druga osoba była dla nas wszystkim. Mariusz Kołodziej, jeden z ważniejszych promotorów w boksie w wywiadzie dla bokser.org przytoczył historię szefa znanej organizacji bokserskiej. Byli dobrymi znajomymi i przy okazji jednej ze wspólnych kolacji zapytał:„ Masz kasę, praktykę adwokacką, super klientów, po jaką cholerę Ty się zajmujesz boksem?

Odpowiedział: „Maario… ja jestem żonaty 37 lat, wiesz dlaczego jestem żonaty 37 lat? Bo mam swoje hobby, którym jest boks. Chodzę do pracy od poniedziałku do piątku, a w piątek wyjeżdżam sobie na galę, w związku z tym ja w weekend nie muszę widywać się z moją żoną, widzimy się tylko w tygodniu, gdzie przychodzę z pracy i idę spać i nawet się nie kłócimy.

Zdrowy rozsądek i rozdzielanie zasobów i źródełek to ma sens.
Przyda jeśli, a raczej kiedy sztorm nadejdzie…
Wywiad z panem Kołodziejem tutaj, polecam nie tylko fanom boksu.
https://www.youtube.com/watch?v=eWYHF0hFxhg&t=2602s

===============================



Historia o marzeniach.

Skoro jesteśmy przy kobietach, to pamiętam jak mój znajomy – szef dużej firmy na Podkarpaciu – powiedział, że mam zbyt proste życie i powinien znaleźć sobie kobietę. Rzeczywiście, z kobietą moje życie nie było już takie proste, ale 100x ciekawsze. Później dodał, że chodzi mu o to, że jak jest się w stałym związku to inaczej podchodzi się do biznesu i jego zdaniem podejmuje lepsze decyzje zawodowe. Może mniej innowacyjne, ale mniej ryzykowne finansowo. Z perspektywy lat widzę to tak, że wielu wpływowych przedsiębiorców, których znam to raczej ustatkowani panowie, a nie single. I młodzi i starzy, tu reguły nie ma.

Wśród znajomych bez obrączki na palcu to chyba jednak kobiety, które znałem zwykle mocniej stąpały po ziemi i trzymały się realiów. Biznes to nie zabawa i często po prostu się nie udaje. Życie. Kobieta wtedy po prostu zrezygnuje, bo umie liczyć, ale jeśli to facet to będzie się zarzynał i próbował, raz drugi, trzeci. Co Cię nie zabije to Cię wzmocni i takie tam frazy prawie jak z książek motywacyjnych. Może to kwestia ludzi na jakich, trafiałem, może to nie zależy wcale od płci, nie wiem.

Wiem jednak , że nieważne jak jesteś genialny to w Twoim trudnym życiu egoisty przyjdzie moment, gdy będziesz musiał znaleźć wsparcie do rozwoju albo polegniesz. Czy to wsparcie żony, czy męża czy partnera w biznesie. Są oczywiście tacy, którzy radzą sobie samodzielnie, ale nawet oni rozumieją, że aby wypłynąć na szerokie wody warto skorzystać z cudzych promów zamiast swojej drewnianej łódki. Dlaczego? Na morzu prędzej czy później przyjdzie sztorm, w czasie którego samotny żeglarz będzie desperacko walczył o przetrwanie, a pasażerowie promu płynącego kilka mil dalej mogą jego nawet nie poczuć. Nawet jeżeli wolniej płyną…

Gdybym miał wykazać jeden punkt, przez który padają startupy, które widziałem to chyba problem z określeniem punktu stop, w projektowaniu, promocji, sprzedaży. We wszystkich aspektach. Wielu fantastycznych ludzi, których dane mi było poznać nie umiało po prostu się zatrzymać i powiedzieć „sprawdzam”. Zawsze było jeszcze coś do poprawy, zawsze było coś do zmiany, życie projektem, bez odpoczynku. Tak leciały miesiące, lata i po pierwsze pieniądze i szanse.

2016
Kolega miał świetny pomysł na aplikacje dla architektów. Sam był architektem i jego zdaniem nie było takiego produktu na rynku. Zrobiliśmy więc rekonesans i rzeczywiście, zapotrzebowanie było, nawet znaleźliśmy kilku klientów już na etapie tworzenia projektu. Perspektywy były fajne.

Nie znam się na architekturze, dlatego moim zadaniem było zrobienie szumu i ściągnięcie inwestora, który mógłby w ten projekt wsadzić konkretne fundusze. Zrobiłem więc trochę ruchu w mediach, napisali o nas w dwóch gazetach i kilku portalach, mieliśmy swoje pięć minut. Pojawił się inwestor. Po długich negocjacjach okazało się, że kolega czuje się wykorzystywany, bo inwestor chce za wkład finansowy mieć aż 60% udziału w firmie. Wiem, co myśli teraz wielu z was. Oglądając programy jak „Dragons’ den”, gdzie „chciwi” milionerzy wykładają kasę na realizacje projektów w zamian za cyrograf można odnosić wrażenie, że to czysty wyzysk, gdy pomysłodawca zdobywając finansowanie traci panowanie nad projektem.

Problem polega na tym, że prawie zawsze innowatorzy poza pomysłem i entuzjazmem nic nie wnoszą. Nie umieją sprzedawać, nie znają się na reklamie, mają po prostu pomysł lub ledwo działający prototyp jak my wtedy. To niewiele. Od tego ważniejsza jest machina sprzedaży, logistyka, procesy i te rzeczy razem z pieniędzmi wnosi inwestor. Dlatego czasem ma prawo oczekiwać odpowiednich udziałów nawet w najbardziej innowacyjnym pomyśle.

Dochodzi do tego, że inwestor ściera się z autorami startupów, którzy traktują projekty jak własne dzieci. Podchodzą do nich zero-jedynkowo, emocjonalnie i bardzo osobiście. Wkładają w nie całe życie więc trudno się dziwić, że w momencie chwały chcą wyrwać wiele. Czasem chcą za dużo i tak właśnie zakończyła się ta historia, bo inwestor zrezygnował. Potem przez pół roku mieliśmy negocjacje z innymi podmiotami, które kończyły się mniej więcej podobnie, aż w końcu telefon przestał dzwonić. Dziś aplikacja to już tylko wspomnienie i anegdota, o której rozmawiamy o piwie, ale też lekcja, bo kolega i ja sporo z niej wyciągnęliśmy. Bartek pozdrawiam Cię, pewnie przeczytasz, bo sam zachęciłeś mnie do przelania tego na papier.

Historia zemsty.
===============

Kto prowadził w Polsce biznes dobrze wie, co to znaczy. Nieopłacone faktury, problemy, wieczne zbywania i zapewnienia, że już wszystko zostało przekazane do działu płatności.

Mój kolega był freelancerem, który żył sobie fajnym singlowym życiem. Jednak daleko było do mitycznej stabilizacji. Radził sobie przywozicie, ale zawsze miał problem z egzekwowaniem płatności, komunikacją z klientem. W moim odczuciu bywał za dobry, bo nie ustalał zasad, więc zasady ustalali ci, którzy do niego przychodzili. Działało to po japońsku czyli jako tako, ale biedy nie było. Aż przyszedł moment, gdy ważny klient, z którym kolega działał od dawna zerwał z nim współpracę bez słowa, nie wywiązując się z płatności, nie odbierając telefonów i zatrudniając kogoś na jego miejsce po dwóch latach współpracy.

Kolega poczuł się zdradzony i poszedł z tą firmą na noże. Obsmarował ją w lokalnym dzienniku bazującym na takich sensacjach. Jak się potem okazało, problemy dopiero się zaczęły, bo właścicielka firmy, która tak go potraktowała nie tylko zareagowała na zarzuty, ale ruszyła z atakiem korzystając ze wszystkich narzędzi, które miała pod ręką, w tym informacji o jego życiu osobistym.

On jako freelancer vs stabilna firma na rynku. Widzicie tutaj, po co latami buduje się public relations? By w odpowiednich momentach z niego skorzystać jako broni. Firma miała dobre opinie, była szanowana, miała wpływy, a to, co się działo za drzwiami to inna sprawa. Nagle została oskarżona przez freelancera i nie zamierzała być pasywna. Szefowa firmy zareagowała w mediach społecznościowych i w gazecie, na samym końcu on musiał przepraszać, mimo, że teoretycznie miał racje.

Jaki z tego moral?

Zemsta wygląda fajnie w wykonaniu „Umy Thurman” w Kill Billu, ale w realnym życiu możemy się przeliczyć. Lepiej wysłać przed sądowe wezwanie do zapłaty i więcej dla danego klienta zleceń nie robić, niż za wszelką cenę bawić się w krucjaty podsycone emocjami.

W życiu każdego przyjdzie taki dzień, że ktoś nam naciśnie na odcisk, nie wywiąże się z zobowiązań i jeśli wtedy zaatakujemy go frontalnie, będziemy musieli liczyć się z odpowiedzią. Nadzieja, iż delikwent w skutek naszego zrywu zrozumie swoje błędy jest tak samo nikła jak szansa Lewandowskiego na Złotą piłkę w tym roku.

Gdy ktoś na co dzień traktuje nas bez szacunku nie będzie się z nami cackał gdy dojdzie do wojny. Zrobi wtedy wszystko, by nam zaszkodzić, nawet jeżeli to mało moralne. Przed wojną trzeba zastanowić się czy warto w ogóle walczyć i tracić nerwy na takie spory.

Może zamiast wojować z ludźmi, którzy nas krzywdzą lepiej poświęcić czas na budowanie relacji z tymi, którzy są dla nas oparciem, czy to w życiu zawodowym jak i tym prywatnym? Z tym Was zostawię.

Dziękuję za dobicie do końca, na dzisiaj to wszystko 🙂
Do zobaczenia!