Marketing w polskim boksie

Dzisiaj kilka słów o tym jak budować marketing w branży sportowej wokół sprawy z pozoru błahej. Zapraszam do lektury!

Korona nam z głowy nie spadnie, jeżeli dziś na moment wrócimy do baletów w Kongo. Jak się okazuje kolejny rozdział telenoweli wnosi nie tylko nowe postacie, ale również nowe wątki.


Cóż się działo w tym Kongo chyba na zawsze zostanie w naszych serduszkach. Aferki, brawurowe ucieczki, miłość szmaragd i krokodyl. Żyliśmy tymi przekazami, drżąc o losy polskiej ekipy, na drugi plan odkładając już sam wynik walki. Gdy zrobiło się groźnie, liczyło się przecież tylko to, by wrócili z safari żywi.


Czytaliśmy, jak to pod osłoną nocy wywozili siano z zabitej dechami dziury pod ostrzałem śmigłowców, czołgów, wyrzutni rakiet.

Do pełnego orgazmu brakowało tylko transmisji na żywo, a donejty leciałyby jak Bestia na Najmana w ostatniej walce. W tekście ze stycznia ośmieliłem się napisać, że większość z barwnych opowieści naszej ekipy Indiana Jonesa to ściema, bo hajs z PPV musi się zgadać. Na nic jednak to się zdało, bo kibic wiedział lepiej. Kibic oczekiwał aferki i aferki te dostawał.

Nagle wczoraj na łamach HEJT PARKU inną wersję przedstawił Dominik Ebebenge, który zapewnił pomoc w Kongo polskim wojakom.

Jak możemy się spodziewać Andrzej Wasilewski i Babiloński po karierze promotorskiej mogą godnie zastąpić Vegę, bo sensacyjne historyjki potrafią wymyślać nie gorzej niż on.

O co chodzi i kim jest Dominik Ebebenge?

W skrócie: to człowiek Legii Warszawa, który pochodzi z Kongo. Mieszka w Polsce od małego, ale bywał w rodzinnym Kongo nie raz m.in. by ściągać zawodników do Polski. Co więcej, ma tam takie korzenie, że w pewnym momencie został…wodzem plemienia w Republice Kongo, więc sami rozumiecie, dlaczego to jego poprosili o pomoc potężni bokserscy włodarze. Ma tam plecy jak nikt inny w Polsce.

Polecam cały odcinek Dominik Ebebenge


26:30 zaczyna się prawda o Kongo

Ktoś skontaktował go z polskimi promotorami Cieślaka i Dominik zgodził się im pomóc w przetrwaniu w Kongo

Jak sam o sobie mówi, jest wielkim fanem boksu i gdy pojawiła się okazja pomocy w logistyce dla polskiego sztabu nawet się nie wahał. Ruszył znajomości w rodzinnym kraju. Podzwonił, załatwił ludzi, ogarnął poważną ochronę, której częścią była jego bliska rodzina, do tego polskojęzyczny skład, ale co najważniejsze wysoko postawieni w Kongo ludzie, na których ekipa Cieślaka mogła tam polegać. Profeska.

Wszystko było dobrze do momentu, gdy Polacy do Kongo nie trafili. Wtedy whisky poszła w ruch, a wiecie, że jak jest impreza to wszystko inne schodzi na plan dalszy.

Pamiętacie noc barykadowanych drzwi, sensacje i aferki? Wujek Dominika, który kierował bezpieczeństwem Polaków 24 godziny na dobę zadzwonił do niego relacjonując delikatnie mówiąc „imprezowy alkoholowy” styl treningu polskiej promotorki. Cieślak, to inna kwestia, trzymał fason i czekał na walkę.

Dodam tutaj tylko, że Pullman, hotel w którym barykadowali te drzwi to 5-gwiazdkowy hotel, w którym noc kosztuje ponad 1000zł. Jest świetnie oceniany z obsługą na światowym poziomie, a nie jakaś nora na jaką wyglądała w relacjach polskiego sztabu..

Sami możecie sprawdzić
https://www.booking.com/hotel/cd/pullman-kinshasa-grand-hotel

Nie mam pretensji do dorosłych ludzi, że na wakacjach w Afryce chcieli się napić, nawet to rozumiem. Żeby umieć ciężko pracować, trzeba umieć odpoczywać, pozdrawiam tu mojego byłego pracodawcę, który mi to wpoił lata temu. Chodzi o to, że przy kongo kolejny raz jednak przekonaliśmy się, jak polski łatwo łyka wszystko bez gryzienia. Stało się tak, bo lubi się nabierać i nabierze się znowu, jeżeli tylko jakaś nieoczekiwana aferka w polskim sporcie się pojawi.

W pewnym momencie razem z nowymi rewelacjami dostaliśmy informacje o tym, że walka będzie PPV. Dziwnym trafem razem z tym newsem nasiliła się ilość newsów z Kongo, które codziennie ubarwiały nasze życie. I tak to leciało do walki, dając nam telenowelę, na którą zasłużyliśmy swoją naiwnością.

Skutkiem, czego o Kongo pisali wszyscy, nie tylko dzienni sportowe, każdy prawie każdy, kto miał jakikolwiek serwis w Internecie. Gdy doszło do walki najbardziej szokujące nie było to, że Cieślak przegrał zasłużenie, ale fakt, że nikt z naszej ekipy nie zginął.

Nie dość, że nikt nie zginął to coś się narodziło, mianowicie dobre wyniki z PPV.



Dzisiaj nie pamiętamy o tych zagrywkach, wmawiamy sobie, że nie daliśmy się nabierać na te aferki. Od początku wiedzieliśmy, że to były ściemy, a nawet jeśli nie to Kongo przecież i tak jest dziurą zabitą deskami.

Dominik Ebebende ma jednak inne zdanie. Jest zwyczajnie zwiedziony, polskim sztabem i tym, że nie docenił ludzi, którzy na miejscu o nich dbali. Angażując swoją rodzinę i koneksje w ochronę polskiej ekipy chciał im pomóc, otrzymując w zamian nieprawdziwe oskarżenia, które przez lata będą ciążyć na i tak, na kraju, który jakoś stara się cywilizować.

Gdy Cieślak wrócił do kraju potwierdził słowa Dominika o tym, że żadnych zagrożeń śmierci tam na miejscu nie było, sami możecie posłuchać np. od 1:00

Czy zatem Wasilewski i Babilońsko zrobili źle?

Moralnie pozostawiam to wam, ale… biznesowo zrobili rewelacyjnie, bo urabiali kibica ostro i bez wazeliny, tak jak on to lubi najbardziej.

W czasach posuchy w polskim boskie nakręcili aferkę z niczego, nie pierwszy, ale też nie ostatni raz. Tak się kręci lody w branży eventowej, moi drodzy, tak się robi PPV, na walkach, których nikt za sport by nie kupił.

Wszelkie nadzieje, że ten szlachetny sport, którym jest boks ma lepszą otoczkę i moralniejsze zakulisowe zagrania niż patogale z każdym kolejnym skandalem powinny być weryfikowane, zwłaszcza teraz, gdy o polakach słyszymy w boksie albo skandalicznie, albo wcale. Mówię to jako osoba kochająca boks.

Wiecie, że pamiętna zadyma Szpilki z Zimnochem, która zbudowała ich rozgłos medialny odbyła się na konferencji Andrzeja Gołoty? Wiecie, dlaczego w ogóle wybuchła? Bo Krzysiek Zimnoch dostał wtedy wytyczne od promotorów, by puść na tę galę i zrobić coś, by dać się zauważyć mediom.



Co było potem, wiemy wszyscy.
Zagadał do Artura w sprawie afery jeździeckiej, a Artur mu oddał, cała polska żyła walką, która nigdy nie doszła do skutku. Rozgłos zbudowany na takim prostym schemacie nie kosztował ich nic. Podobnie było w Kongo. Polska ekipa zauważyła, że aferkowe newsy z Afryki dobrze się sprzedają i potem jechała na tym do samego końca, kolejny raz bazując w marketingu na prostych instynktach, które wyłączyły logiczne myślenie kibica.

Na koniec. Wiecie, czego życzę sobie i wam, oprócz końca epidemii?

Żeby po zakończeniu bardzo udanej zresztą kariery promotorskiej, Pan Andrzej Wasilewski napisał książkę o kulisach boksu w Polsce. Szczerze i bez ściemy. Prawda o tym, jak to naprawdę wyglądało, gdy mikrofony są wyłączone a wszystko załatwia się przy stoliku na zapleczu. Bez cienia ironii przeczytałbym taką książkę z wielką ochotą.

Na pewno wiele byśmy się z niej dowiedzieli, nie tylko o boksie, ale po pierwsze o nas samych.

Z tym was zostawiam i do zobaczenia następnym razem.

Pozdrawiam