Trudne czasy w polskim boksie. Wasilewski chciał skończyć karierę Szpilki.

Po walce w Łomży odbyła się poważna rozmowa, Artur miał już nigdy więcej w ringu się nie pojawić.

Jak wyglądała tamta gala, widzieliśmy wszyscy.

Było kilka ciekawych walk, fajny występ Czerkaszyna, o którym przez zamieszanie sędziowskie nikt nie pamięta. Po gali rozjuszony Przemysław Garcarczyk odpalił swojego patostreama i w mocnych słowach skomentował to, o czym mówili wszyscy. W tym krótkim nagraniu punktował lepiej, niż Szpilka przez 10 rund walki walki z Radczeko.

Jak się jednak okazuje, za kulisami działo się jeszcze więcej. Andrzej Wasilewski był zszokowany, nie tyle wynikiem sędziów, co postawą Artura w ringu. Wasilewski zrobił dla boksu bardzo wiele, nawet niesympatyzujący z nim Mati Borek, mówił o nim, że to ten, który stworzył polski boks zawodowy.

Przez lata ten promotor wiele Arturowi wybaczał.

Do teraz. Za drzwiami Knockout odbyła się rozmowa, w które Szpilka przekonywał swojego promotora, że nie chce w taki sposób kończyć kariery. Mówił, że chce przynajmniej wygrać na koniec kariery i o taką szansę błagał swojego promotora.


Przed walką z potężnym Radczenko umowa między nimi była prosta.

Artur rozjeżdża Sergeya jak naleśnika i wszystko gra, jedziemy po jakiegoś titleshota albo dobrą wypłatę. Lub Artur przegrywa, zaczyna sadzić maliny, hodować jedwabniki. Lecz nieznana wyższa siła kierująca polskim boksem wybrała inny scenariusz. Artur wygrał przegrywając.

Przez lata obserwowaliśmy, że Szpilka ma specjalne miejsce w teamie Knockout. Było dużo swobody i Pan Wasilewski miał do niego ewidentną słabość. Nie raz byliśmy świadkami ekscesów Artura, który delikatnie mówiąc zachował się nie na miejscu. Awantury, skandale były i są częścią jego wizerunku, to akurat rozumiem, bo polaryzował publiczność i media o nim pisały.

Był barwny jak na szary polski rynek pięściarzy.

Bywały jednak takie momenty, że Artur w mocnych słowach jechał swojego promotora jak Johny Wayne zbirów westernie, a czasem miało nawet dochodzić do rękoczynów.

Wasilewski traktował Szpilkę trochę jak syna.
Pozwalał mu wiele decyzji podejmować samemu i Artur to robił,
płacąc później za to wysoką cenę.

Wyjazd do Stanów do był jego decyzją, po której odwrócił się do niego Fiodor Łapin. Walka z Jenningsem Artur załatwił sobie sam… na Twitterze. Przegrany pojedynek z Wilderem też był jego decyzją, tu jednak trzeba pamiętać… że Artur go wziął mając tylko miesiąc przygotowania. Dostał lanie, ale wstydu nie było.

Warszawa, 07.01.2013. Artur Szpilka (L) atakuje Krzysztofa Zimnocha podczas konferencji prasowej w Warszawie, 07 bm. dotycz¹cej gali Boxing Night na której obaj piêœciarze zmierz¹ siê 23 lutego w Gdañsku. Powstrzymuje go Andrzej Wasilewski. (bz/awol) PAP/Bart³omiej Zborowski


Lata mijały, a Szpilka wielokrotnie wybierał swoją drogę sam, promotor mu w tym nie przeszkadzał, tylko dbał o jego interesy, wielokrotnie tłumaczył go z niefortunnych słów czy wybryków.

Wystarczyłoby jednak jedno słowo Wasilewskiego i Artur prawnie byłby zablokowany. Tak się jednak nie stało i przez lata widzieliśmy mniejsze lub większe perypetie Szpilki w pięknej dyscyplinie zwanej boksie. Perypetie niespełnionych marzeń, uczenia myczków, robienia dzieci tu i tam. Aż przyszedł 2020 i podbój wagi Cruiser…który się za bardzo nie udał.

I tak zakończyły się piękne marzenia o byciu potworem nowej kategorii wagowej, a Artur zdaniem wielu powinien udać się na upragnioną przez internetowych napinaczy emeryturę.

Mimo wtopy w Łomży Artur uprosił Wasilewskiego i spróbuje jeszcze raz odmienić oblicze polskiego boksu. Oczywiście z nowym trenerem, z którym odbywa próbne treningi.

Jak można się domyślać, ze sztabu Artura płyną wspaniałe wieści, że nowy trener jest super, że uczy go nowych rzeczy, że teraz będzie nowe rozdanie. Czasy się zmieniają, normalni śmiertelnicy też, ale Artur nie i ta sama śpiewka, która była zawsze przy każdym nowym trenerze jest i teraz.

Czy teraz coś zmieni w swoim boksie?
Czy będzie słuchał trenera?

Cytując wybitnego Tadeusza Sznuka z „1 z 10”:
Nie wiem, ale się domyślam.

Mamy spory problem w polskim boksie i wbrew pozorom nazywa się on Artur Szpilka. Eksperci w ETOTO ostatnio robili program o polskim rankingu P4P.



Niepokojące jest to, że ciężko było im zebrać 10 perspektywicznych zawodników, ale ostatecznie się udało, chociaż łatwo nie było.

Wykorzystałem te zestawienie i podzwoniłem do znajomych.

Przy okazji wirusa jest dużo czasu odświeżanie starych znajomości. Obdzwoniłem więc 13 typowych niedzielnych kibiców sportu, aby zapytać ich jakich bokserów z tej listy kojarzą. Listy przypominam, stworzonej przez największych ekspertów w Polsce, a nie takiego randoma jak ja.

Miłe pogawędki o czymkolwiek niezwiązanym z wirusem były fajną odskocznią, dziękuję moim rozmówcom i ich tutaj pozdrawiam.

Najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem okazał się tradycyjnie… Szpilka, którego naturalnie nie ma w tym rankingu.

Wróćmy do tych z listy.

Kownacki, potem Włodarczyk. Cieślaka ktoś tam kojarzył na zasadzie że słyszał o jakimś wałku w Afryce, nie wiedział jednak dokładnie o co chodziło. Najbardziej anonimowy był Parzęczewski obok Łaszczyka, a stawkę zamykał Wrzesiński, którego nie znał nikt z moich znajomych. Gdzieś w środku stawki był Wach, ale to raczej dzięki memom o Babci Malinie czyli przyszłym największym polskim promotorze 🙂


I dziwnym trafem to na galach jak te z Parzęczewskim Mateusz Borek ma największe problemy na sprzedanie biletów i zdobyciem sponsorów. Wg tego co się mówi w branży gala Mateusza Borka z Robertem w walce wieczoru i tak byłaby odwołana i bez wirusa.

Jeżdżę po galach i widzę jak ogromnym w Polsce problemem jest sprzedaż biletów, nie tylko na mniejsze gale. Nie raz nie dwa po ważeniu, można było otrzymać bilety na walkę… za darmo, bo i tak nikt nie chciał ich brać i tu mówię o dużych galach pokazywanych w TV. Wystarczyło zagadać.

To nie wina organizatora, ale bardziej złożony problem. Niedzielny kibic ma to do siebie, że wie kim jest Szpilka, a nie wie kim jest Szeremeta czy Sulęcki. Diablo kojarzy, ale Wrzesiński to dla niego jakiś piłkarz. Może teraz, gdy jest dużo wolnego czasu jakiś bokser wykorzysta ten czas i pójdzie do programu telewizyjnego tańczyć na lodzie, grać w bierki, skakać do kiślu aby więcej kibiców się o nim dowiedziało. Dlaczego nie, co ma do stracenia?

Wasilewski w wywiadzie też mówi o restrukturyzacjach i zaciskaniu pasa.
To wymaga zmian, a takie zmiany zaczyna się nie od tego, aby zarabiać więcej… tylko aby wydawać mniej.

Zwolnienia to po zarazie nie pytanie, tylko raczej konieczność.

Najbardziej po tyłku dostaną ci bokserzy, którzy przez lata nie budowali swojej marki w oczach kibiców, tylko liczyli na strzał życia. Dobrym przykładem jest Szeremeta. Jego wątpliwa walka z Gołovkinem raczej się nie odbędzie, bo już zaczęły się przymiarki do starcia GGG z Canelo III. Szeremeta dla Gienka był takim zawodnikiem na rozpęd, a bukmacherzy nie dawali mu żadnych szans z Kazachem. Taka walka byłaby jednak wypłatą życia dla Polaka, na którą liczył i raczej do niej nie dojdzie. Po wirusie wszyscy będą chcieli się odbić na hitowym wydarzeniu w PPV, którym na pewno będzie GGG-CANELO III, a nie na walce z Polakiem który w Stanach jest w sumie całkowicie anonimowy.



Adam Kownacki pomimo przegranej budował się dużo lepiej. Ma swoją bazę kibiców, stale występuje u zaprzyjaźnionych dziennikarzy, sam sprzedaje bilety, ma też swoje koszulki i inne gadżety, wypełnia hale w stanach a to ogromny plus. Przez lata nad tym pracował i nawet po przegranej, na pewno dostanie szanse, bo telewizja wie, że przyciągnie kibiców. Dlatego nie martwmy się o to czy dostanie szansę, tylko o to jak będzie się czuł po porażce z Heleniusem. To jednak Stany, w Polsce mamy przeważnie gwiazdy dużo mniejszego kalibru, ale konieczność organizowania ważnych walk pozostaje.



Na naszym podwórku kibiców interesuje bardziej rewanż przeciętnego Szpilki z trenującym za stodołą Radczenko niż np. Finał WBSS z najlepszymi na świecie bokserami.

Wasilewski mówi o ludziach, którzy zaczęli krążyć wokół Radczenki i utrudniają mu teraz dogadanie się z zawodnikiem na rewanż ze Szpilką. Sergey wyśmiał pierwsze oferty od Knockout, a otoczenie dobrze mu w tym wtórowało, Borek swoje dołożył, podobnie jak lokalne media, które krytykowały niskie oferty dla ukraińskiego wojownika.

Moment sławy to taka krótka chwila, którą należy wykorzystać jak najlepiej, a czas Ukraińca powoli mija i traci swoją szansę powolutku.

Bo prawda jest taka, że w tym momencie albo zarobi u Wasilewskiego… albo nie zarobi wcale. Czasy się zmieniły, a jesienią polski rynek trzeba rozgrzać czymś dużym, śmiem twierdzić, że Radczenko na taką walkę dla Szpilki nie będzie jedyną opcją, która jest brana pod uwagę za te pieniądze…

W Stanach Zjednoczonych po koronie planowane są tylko wielkie wydarzenia. W Anglii podobnie, to samo w Niemczech czy nawet w Arabii. W Polsce wielkimi wydarzeniami byłby turniej polski w Cruiser, walka Artura z Diablo, ewentualnie

odgrzebanie kotleta…. Zimnocha z Arturem.
Tak tak, piszę to na trzeźwo.

Ten ostatni jest najłatwiejszy i najtańszy do zorganizowania, bo obaj zawodnicy są w tym momencie na samym dnie sportowej kariery. Artur nie może już wybrzydzać, jeżeli Wasilewski położy mu ofertę na stół, musi ją przyjąć, nawet jeżeli to będzie walka z woźnym szkoły w Sochaczewie na łące. Zimnoch po przegranej na gali Borka niby skończył karierę, ale wspomina, że chce wrócić i za kilkadziesiąt tysięcy, czyli tyle ile dostał Radczenko, na pewno przyjąłby tę ofertę z pocałowaniem ręki.

Ktoś powie, że to odgrzewanie trupów, walka dwóch szklanek w hucie szkła, ale z punktu widzenia organizatora jest to jedyny i najlepszy sposób na odbudowanie i zrobienie głośnej gali w Polsce niewielkim kosztem.

W dobie kryzysu takie tanie, głośne pojedynki będą filarem wydarzeń sportowych. Teoretyczna walka z Zimnochem to event, o którym pisałyby wszystkie media w Polsce nie tylko sportowe. Kostyra zrobiłby wywiad z Zimnochem, w Etoto mieliby temat na 3 miesiące, Borek rozbiłby bank ściągając przed galą Szpilkę do hejtparku,

Szum medialny wokół tego kotleta przebiłby wszystko co mamy w menu zwanym polskim boksem i przyniósłby pieniądze i oglądalność na naszym lokalnym polskim podwórku.

Oczywiście, ortodoksyjni fani boksu po przeczytaniu takich opcji pewnie defekują, ale prawda jest taka, że my potrzebujemy po pierwsze głośnych walk w Polsce. Zwłaszcza w momencie gdy branża organizująca gale ma milionowe straty, a chcemy by w Polsce walczyli rokujący zawodnicy.

Podobnie jak na szerokich plecach Pudzianowskiego wyrosło w Polsce duże MMA, tak samo jest w boksie. Aby były pieniądze na obsadzanie młodych zawodników na galach ktoś musi ściągać kibiców na walki wieczoru tych gal. Tego nie da się obejść, a my jako kibice musimy być tego świadomi.


Przydałoby się trochę polotu i finezji w tym smutnym jak pizza a ananasem polskim boksie, nawet jeżeli oznacza to elementy pajacowania, odgrzewanie kotletów. Bo tak naprawdę nie mamy innego wyjścia. Konkurencja oparta na social media jak KSW czy FAME dobrze potrafi wykorzystać szum do generowania wysokich sprzedaży biletów. Jesieni w polskim boksie szum już nie uratuje. Tu potrzebny jest sztorm, przez który ktoś ucierpi.

Lepiej jeżeli ofiarami tego sztormu ortodoksyni fani boksu muszący oglądać Szpilkę w walce wieczoru z Zimnochem, Radczenką, Romanem Kołtoniem niż utalentowani bokserzy, dla których przez brak mega głośnych walk wieczoru po prostu zabraknie pieniędzy.

Oby to jednak była piękna złota jesień. I finansowo i boksersko.
Pozdrawiam i trzymacie się tam w tych domach!

współpraca biznesowa yezowsky[]gmail.com
Reklama Grafika PR Feletiony